Translate

piątek, 31 stycznia 2014

Nadal jestem na sznurku

Mam zaczętych kilka robótek na zamównienie, ale mi z nimi nie po drodze. Coś tam dziergnę, spruję, odłożę i tak mijają godziny, dni, a końca nie widać. Natomiast małe robótki mnie wciągają od razu. Na przykład   broszki ze sznurka.
Wczoraj tuż przed północą zamiast iść spać, wzięłam się za sznurek. Dokończyłam różę, pokazywaną poprzednio i zrobiłam malutką broszeczkę.
Cieńszy sznurek jutowy jest bardzo ciemny, co widać na róży, a ja chciałam mieć jaśniejszą broszkę. Zrobiłam z ciemnego sznurka, ozdobiłam roczesanymi nitkami i wpadłam na pomysł, żeby to wszystko wybielić. Mam "Bielinkę" do wywabiania plam, ale to roztwór chloru. Zaryzykowałam. Do miseczki wlałam łyżkę bielinki, dopełniłam wodą i zamoczyłam broszkę. Po kilkunastu minutach: Eureka!. Broszka pojaśniała. Wypłukałam, wysuszyłam na grzejniku, dołożyłam zielony guzik i mam jaśniutką broszeczkę. Mało, ze pojaśniała, ale  sztywny sznurek zmiękł, wydeliaktniał i wcale się nie uszkodził w tej chlorowej kąpieli.


Dla porównania ukończona róża,  niewybielana.


Na lnianej serwetce w towarzystwie drewnianych plasterków moja wybielona broszka też dobrze się prezentuje.

A drewniane plasterki to suwenir od Laaby: http://laaba-blog.blogspot.com/. Warto Ją odwiedzić, bo ma świetne pomysły i robi fajne rzeczy. Plasterki to dzieło jej Męża, a Laaba je oszlifowała, polakierowała i przysłała do mnie. Jeden już dynda przy moich kluczach razem z sówką, a te czekają na pomysł. 
Miło mi, że wpadacie do mnie i zostawiacie ślad swej bytności. Róbie tak częściej, bo lubię. 
Pozdrawiam radośnie przy temperaturze za oknem + 5 i plumkających kroplach z dachu. Czyżby to wiosna  dawała jakieś tajemne znaki?

środa, 29 stycznia 2014

Sznurek jutowy jest piękny.

Kilka razy już bawiłam się sznurkiem jutowym i coraz bardziej mnie on wciąga. Robiłam sowę ze sznurka, podkłaki, a dzisiaj mam kwiatuszki - broszki. Możnanje przypiąć do swetra, do torebki letniej albo przypiąć do firanki. 

Juta z  koralikiem drewnianym


Juta z błyskotką


To będzie róża jutowa.


Ale sowa też jest. Nie z juty, ale zawsze sowa.


od tylca.

Na koniec małe serduszko.


I to już wszystko na dzisiaj. Wracam do sznurka jutowego.

Pozdrawiam zimowo.

środa, 22 stycznia 2014

Powrót

Długo mnie tutaj nie było. Zaglądałam na Wasze blogi, podziwiałam prace, ale u siebie nic nie wstawiałam, bo nie miałam czym się pochwalić. Aż się dziwię, że mogłam tak długo wytrzymać bez szydełkowania. Najpierw poparzone dłonie ogrniczyły moją działalność, a parę dni temu upadek ze schodów. Wprawdzie ręce już wygojone, sprawne, ale gorzej z dolną częścią ciała. Dzisiaj już mogłam dłużej  posiedzieć z szydełkiem, więc coś wydziergałam. Takie drobnostki, ale pokażę, żeby nie było, że mi przeszła miłość do szydełka. 
Dość duże serducho z włóczki, usztywnione cukrem. Sztywne jak z tektury.


Znalazłam w moich zakamarkach malusieńką serwetką, Nie mam pojęcia z jakich nici była robiona, bo jest cieniutka jak płatek  papieru. Spodobał mi się jej wzór, więc zaczęłam odgapaiać i dziergać z grubszego kordonka Perle 5. Zrobiłam i obfociłam dla porównania obydwie serwetki. Róznica kolosalna, chociaż robiłam cieniutkim szydełkiem. 


I jeszcze jedna serweteczka - podkładka, to moja osobista. Nie jest urodziwa, ale moja.


    Przypomniałam sobie o młynku dziewiarskim i też coś ukręciłam.

Ta zamotka, (albo ten zamotek, nie wiem jak ma być poprawnie) niebawem poleci daleko, a zrobiłam też dwie na próbę, są jeszcze nieskończone.



To wszystko mój dzisiejszy urobek. Mam kilka zamówień do dokończenia i chyba najwyższy czas wziąć się do roboty. Rozruch już zrobiłam, więc mam nadzieję, że reszta pójdzie szybko.

U mnie dzisiaj spadł śnieg, taki maleńki, ledwo, ledwo, ale zima jest. Temperatura na razie zerowa, ale straszą w tv, że idą mrozy. 
Pozdrawiam serdecznie wszystkich i idę odpoczywć, bo pisanie na siedząco mnie męczy.  



wtorek, 7 stycznia 2014

Totalne lenistwo

Sylwester minął z wielkim hukiem, Nowy Rok już  zadomowił się na dobre, Trzej Królowie zrobili swoje i odeszli, jednym słowem czas ucieka,  a ja się nie mogę zabrać do pracy. Poparzone palce, mimo że sąprawie  zagojone, nie bolą, jednak nie nadają się jeszcze do bratania z szydełkiem. Rozleniwiona jestem na maksa. Zaczęłam Nowy Rok na luziku. Dobrze, że nie robiłam szczytnych planów, bo miałabym wypryski na sumieniu. Od dawna już nie rozliczam starego roku i nie planuję nowego. Przekonałam się wielokrotnie, że to na nic się zdaje.  Dzisiaj  trochę się zeźliłam sama na siebie, bo ileż można się  byczyć. Zaraz po porannej kawie wzięłam w obroty szydełko i do wieczora (z małymi przerwami na rozprostowanie kości) zrobiłam zdziwioną sówkę( taka mi wyszła), a po sówce trzy malutkie pdkładki i na koniec zaczęłam robić coś... sama nie wiem co, ale robiłam zawzięcie, bo mam taką śliczniutką włóczkę i nie mogłam się oprzeć. Nie wiem co z tego będzie, ale przynajmniej jest kolorowo. A wiadomo, że  ja lubię miks kolorów.  Trochę nadwyrężyłam paluchy, zatarłam delikatną skórkę i jutro znowu będę kwiczeć. Ale, niech tam... 
Oto mój urobek.





Dziękuję wszystkim za komentarze, ża życzenia noworoczne. Ja zaglądałam do Was, ale nie bardzo mogłam pisać, więc teraz życzę Wam wszelkiej pomyślności w Nowym Roku. 
Nie daję rady już pisać, bo czubki palców skwierczą i muszę odpocząć. Pozdrawiam cieplutko.