Translate

niedziela, 23 listopada 2014

Komino-kaptur

Od dziergania Mikołajków mam już zamęt w  oczach i  głowie. Na szczęście wczoraj skończyłam zamówienie, a  od wieczora  nareszcie wzięłam się za zaczęty  w ubiegłym tygodniu komino -kaptur. Musiałam wszystko spruć  i zacząć od początku. Skończyłam przed godziną,  ale nie wiem czy będzie się podobał Koleżance. Gdybym miała 4-letnie dziecko do przymierzania pod  ręką,  to byłabym pewna, że będzie pasował,  a tak, to dziergałam w  ciemno. 
Sesja zdjęciowa na głowie dorosłej "modelki", więc kaptur jest naciągnięty. 
Nie wygląda na duży,  a pochłonął aż 144 gram włóczki. Miałam tylko jeden motek Puchatki i musiałam kombinować z inną włóczką. Nie miałam grubej, więc robiłam z dwóch nitek.
Chyba będę musiała zmienić uszy, bo wydają mi się za duże.




To jest mój pierwszy komino-kaptur, więc wszelkie sugestie i konstruktywna krytyka mile widziane.
Pozdrawiam

niedziela, 16 listopada 2014

Mikołaje w kąpieli

Czapki na chwilę poszły w kąt. Nie na długo, bo muszę wszystkie pokończyć. Teraz dziergam Mikołajki. Koleżanka zamówiła kilkanaście i żeby zdążyć zrobić  do końca listopada od  razu wzięłam ten  projekt na warsztat. Lubię robić takie maleństwa, bo szybko widać efekt. Dzisiaj od  rana przysiadłam w jednym miejscu i wydziergałam ponad 20 Mikołajków. Baaardzo się ucieszyłam, bo to oznaczało,  że jak muszę, to  chcę i potrafię. Ale dzierganie to pikuś w porównaniu z ozdabianiem, tzn:przyszywaniem koralików - oczek, nosków i wąsów. Wąsy muszą być, bo facet bez wąsa,  a tym bardziej Mikołaj, to namiastka faceta. Z wąsami poszło gładko, gorzej z oczami, bo czarnych koralików u mnie ani widu. Coś wygrzebałam, przyszyłam kilka, ale do wszystkich Mikołajków nie wystarczyło.  Na szczęście znalazłam ruchome oczka do maskotek. Eureka! A, co,  Mikołaj nie może mieć oczu z długimi rzęsami i błękitem na powiekach? Moim zdaniem może. 
Po mozolnym zakończeniu dzieła, zrobiłam kawę, postawiłam na stoliku obok sterty Mikołajków, abym mogła  racząc się kawą, sycić oczy efektem mojej pracy. I to był mój największy błąd. 
Pierwszy, że nie zdjęłam Mikołajków ze stolika, a drugi, że zrobiłam kawę w mojej ulubionej fikuśnej i wywrotnej filiżance. W zasadzie nie muszę już pisać co było dalej, bo każdy się domyśli. Ale napiszę. Nie wiem jak to się stało, bo nagle filiżanka zrobiła fiku - miku i cała zawartość popłynęła prosto na biedne Mikołajki. Katastrofa!!!
Zerwałam się,  złapałam mikołajki i od  razu do łazienki pod strumień wody. 
I mimo intensywnego płukania, prania, niewiele się uratowało. Te,  które były robione z białej włóczki, odzyskały swoją biel,  ale te robione z nici bawełnianych nie poddały się moim zabiegom. Nie sądziłam, że kawa tak trwale potrafi zabarwić bawełnę. Części czerwone są ok, bo z włóczki,  ale to, co było białe i z bawełny, stało się szaro-bure. Jednym słowem do kosza. Tyle pracy,  tyle radości i wielkie g....
Ocalało tylko 8 sztuk. Dwie wypłukane, a sześć,  bo kawa ich nie dosięgła.
Cóż mi pozostało? Zaczynać od nowa. 
Oto moja skromna  trzódka. 




Każdy jest inny, bo nie potrafię zrobić dwóch egzemplarzy identycznych.
Dla poprawy nastroju, popełniłam bałwaniastą parkę. Śniegu i mrozu jeszcze nie ma, to pani bałwankowa może paradować w strojnej czapeczce i z broszką. 



Obym tylko tymi bałwankami nie przywołała zimy.
Pozdrawiam powyborczo.

czwartek, 13 listopada 2014

Czapki w natarciu

Kolejna czapucha gotowa do prezentacji.  Podobna do tej z melanżowej włóczki, tylko kwiatek ma ciut inny. 



Następna już na szydełku,  tym razem brązowa.  Pani z poczty wybrała dla siebie kolor brązowy z dodatkiem beżu. Moim zdaniem do jej ciemnej karnacji i czarnych włosów brąz nie bardzo pasuje,  ale o gustach się nie dyskutuje. Jej wybór, aczkolwiek mnie to trochę zniechęca do roboty. Taką mam naturę, że jak mnie się coś spodoba, to robota leci migiem, a jak nie, to się wlecze w żółwim tempie,  dlatego niechętnie robię coś na zamówienie, chyba,  że mi kolor spasuje. 
Moja córka robi śliczne rzeczy. Jestem pełna podziwu  dla jej artystycznych pomysłów i perfekcji wykonania. Jest samoukiem. Jeśli ktoś ma ochotę zobaczyć co i jak robi, zapraszam do jej galerii. 

http://apocallypticlullaby.deviantart.com/gallery/
Pozdrawiam i dziękuję za komentarze.
P.s
Ja mam od pewnego czasu problem z dodawaniem komentarzy na Waszych blogach. Codziennie zaglądam, podziwiam Wasze prace, ale dodać komentarza nie mogę, bo  się po prostu nie zapisują. Nie mam pojęcia jak jest przyczyna. 

wtorek, 11 listopada 2014

Ciepła czapa

Znalazłam w kartonie z  włóczkami kilka kłębuszków melanżowych włóczek. Mieszanka nie tylko kolorów,   ale gatunków. Skręcane w trzy nitki. Jedna nitka angory, jedna wełny i jedna akrylu. Aż się prosiły,  żeby z nich zrobić ciepłą czapę dla faceta. Padło na mojego brata. Nie wiem czy mu się czapa  spodoba,  ale wiem,  że ją będzie nosił, bo jest cieplutka,  a  on lubi w zimie ciepełko na głowie. Zrobiłam nauszniki i daszek,  które w każdej chwili można wywinąć. Nauszniki mają dziurki, a na czapce przyszyłam guziki do zapięcia. Nie miałam  odpowiednich kolorystycznie guzików, więc na razie przyszyłam takie jakie znalazłam. Poszperam gdzieś i na pewno dobiorę odpowiednie.





A tak wygląda z zapiętymi nausznikami i wywiniętym daszkiem.



Ciepło i praktycznie. 

Następna w kolejce czapka, to czapko-kaptur dla 4 latki. Na  razie tylko zajawka.





Robię półsłupkami nawijanymi, żeby była ciepła. Nie mam schematu, więc jak zwykle na czuja. 
Pozdrawiam milusio. 

poniedziałek, 3 listopada 2014

Kto rano wstaje

Jest kilka wersji przysłowia - Kro rano wstaje...
Ja od dzisiaj mam swoją - Kto  rano wstaje ten  dzierga. 
Tak się wczoraj rozochociłam do dziergania grubą włóczką, że dzisiaj skoro świt, odpuszczając swoją poranną kawę, chwyciłam szydełko i dokończyłam ognistą czapkę.  Dwie zdrowaśki i czapka gotowa. Potem króciutka sesja zdjęciowa, obowiązkowa kawa, coś na ząb i zrobiło się południe. Ale ten czas zaiwania!
Oto moje nowe dzieło. Ciepła czapa, którą można nosić jak kapelutek, a także jak czapę. Ściągacz z dwóch okrążeń reliefowych zakończony oczkami rakowymi.
Wersja kapelutkowa z wywiniętym z przodu rondkiem.

Wesja

Wersja czapkowa.



Wersja na plaskato, inaczej mówiąc - horyzontalna:

Musiałam dodać coś czarnego, bo miałam mało głównej włóczki. 
No i oczywista oczywistość dodałam kwiatek. 
Jednym słowem  zaczęłam dzień pracowicie. Teraz mogę się zdrzemnąć.
Pozdrawiam słonecznie, bo  u mnie cudne słoneczko, a u Was?
Pa....

niedziela, 2 listopada 2014

Powracam do sówek

Dawno nie dziergałam sówek. Dzisiaj  powrócił sowi sentyment. Przypomniałam  sobie, że sowa była moją pierwszą robótką szydełkową.  Kiedyś jedna z koleżanek radziła mi: - dziergaj sowy, bo to lubisz i fajnie ci wychodzą. I chyba miała rację, więc wracam do sowich motywów. 
Znalazłam dwa motki grubaśnej włóczki Sonia strong, jeden motek Puchatki i po południu wydziergałam sowią czapkę. Mimo że czapka ma trochę dziur,  to będzie cieplutka, bo włóczka jest gruba i puszysta.  Przy okazji zdemakijażowałam manekinkę, bo przecież Hallowen już minął. Jednak wolę ją bez makijażu, a przynajmniej tego mojego autorstwa.

Czapucha na płasko:


I na modelce:



Można też tak:

Jasne paski i oczy są kremowo- żółte, jak kogel mogel,  czerwony jest koloru czerwonego maku,  a nie różowy.  Jedynie zieleń i czerń są prawdziwe. Aparat robi mi wbrew. Zwykła elektroniczna złośliwość. Niech się bestia cieszy. 

Kolejna czapeczka dla dzidziusia prawie na ukończeniu. Pobawiłam się trochę ściegami reliefowymi. Ładnie wyglądają, ale nie pałam do nich wielką miłością.
   

Zaczęłam także czapę z milusiej i grubej włóczki. Kawałek czapy po prawej  stronie. po lewej motek. Nie znam składu włóczki, bo upolowałam ją w second handzie i była bez metki,  ale mnie oczarowała kolorami, grubością, miękkością. Robi się z niej świetnie, mimo że jest dość luźno skręcona z trzech nitek. W dotyku jak wełna z jakąś domieszką. 


Jeszcze nie tak dawno narzekałam na lenistwo, na niechęć do robótek, a teraz już jestem w transie. Chyba to nie było lenistwo, tylko lato i początek złotej  jesieni, a któż w taką porę rwie się do dziergania?
Teraz  jesień w pełni, długie wieczory, w domu ciepełko, to  i ochota  do robótek wróciła. 
Kończę tak, jak to robił mój profesor od fizyki, pisząc na zakończenie lekcji na tablicy: cbdo.
Pozdrawiam