Translate

niedziela, 16 listopada 2014

Mikołaje w kąpieli

Czapki na chwilę poszły w kąt. Nie na długo, bo muszę wszystkie pokończyć. Teraz dziergam Mikołajki. Koleżanka zamówiła kilkanaście i żeby zdążyć zrobić  do końca listopada od  razu wzięłam ten  projekt na warsztat. Lubię robić takie maleństwa, bo szybko widać efekt. Dzisiaj od  rana przysiadłam w jednym miejscu i wydziergałam ponad 20 Mikołajków. Baaardzo się ucieszyłam, bo to oznaczało,  że jak muszę, to  chcę i potrafię. Ale dzierganie to pikuś w porównaniu z ozdabianiem, tzn:przyszywaniem koralików - oczek, nosków i wąsów. Wąsy muszą być, bo facet bez wąsa,  a tym bardziej Mikołaj, to namiastka faceta. Z wąsami poszło gładko, gorzej z oczami, bo czarnych koralików u mnie ani widu. Coś wygrzebałam, przyszyłam kilka, ale do wszystkich Mikołajków nie wystarczyło.  Na szczęście znalazłam ruchome oczka do maskotek. Eureka! A, co,  Mikołaj nie może mieć oczu z długimi rzęsami i błękitem na powiekach? Moim zdaniem może. 
Po mozolnym zakończeniu dzieła, zrobiłam kawę, postawiłam na stoliku obok sterty Mikołajków, abym mogła  racząc się kawą, sycić oczy efektem mojej pracy. I to był mój największy błąd. 
Pierwszy, że nie zdjęłam Mikołajków ze stolika, a drugi, że zrobiłam kawę w mojej ulubionej fikuśnej i wywrotnej filiżance. W zasadzie nie muszę już pisać co było dalej, bo każdy się domyśli. Ale napiszę. Nie wiem jak to się stało, bo nagle filiżanka zrobiła fiku - miku i cała zawartość popłynęła prosto na biedne Mikołajki. Katastrofa!!!
Zerwałam się,  złapałam mikołajki i od  razu do łazienki pod strumień wody. 
I mimo intensywnego płukania, prania, niewiele się uratowało. Te,  które były robione z białej włóczki, odzyskały swoją biel,  ale te robione z nici bawełnianych nie poddały się moim zabiegom. Nie sądziłam, że kawa tak trwale potrafi zabarwić bawełnę. Części czerwone są ok, bo z włóczki,  ale to, co było białe i z bawełny, stało się szaro-bure. Jednym słowem do kosza. Tyle pracy,  tyle radości i wielkie g....
Ocalało tylko 8 sztuk. Dwie wypłukane, a sześć,  bo kawa ich nie dosięgła.
Cóż mi pozostało? Zaczynać od nowa. 
Oto moja skromna  trzódka. 




Każdy jest inny, bo nie potrafię zrobić dwóch egzemplarzy identycznych.
Dla poprawy nastroju, popełniłam bałwaniastą parkę. Śniegu i mrozu jeszcze nie ma, to pani bałwankowa może paradować w strojnej czapeczce i z broszką. 



Obym tylko tymi bałwankami nie przywołała zimy.
Pozdrawiam powyborczo.

6 komentarzy:

Małgorzata L. pisze...

Fajne drobiazgi, ja też czasami lubię udziergać coś, co daje szybki efekt. Szkoda, że ta kawa wylała się tak pechowo na te mikołajki, szkoda pracy i materiału :(. Co zrobić, każdego z nas czasami dopada taki pech.

karto_flana pisze...

Ojeje :( Tez mi sie kawa wal kiedys na moj obros iwlki kochany, dzieragany miesiacami. Juz nie pamietam jak to wyplukalam i nie ma sladu... Moze zobacz jakies rady dobre do wywolywania plam? Ja tez dzis popelnilam balwanka, tylko musze mu ejscze doszyc buzie. Tez nie lubie doszywania, wykanczania itp. POozdrawiam serdecznie :)

CreaDiva pisze...

O rety, ale pech z tą kawą! :-( Ale nie martw się, skoro tak szybko Ci idzie, na pewno się wyrobisz. A te mikołajki, które się ostały są śliczniusie :-)

teresa pisze...

Świetne Mikołajki. Porozmawiaj z tą filiżanką, niech Ci nie robi nigdy więcej fiku miku. hihihi.

yolca art pisze...

Trzódka jest rewelacyjna ,mikołaje też, pozdrowienia serdeczne od Yolandy!!!!!!!!!!!!

moja-enklawa pisze...

Piękna Mikołajowa gromadka! Ach, ta brzydka kawa zabrała takie cudeńka! Pozdrawiam serdecznie